Drużyna Snow Kids niecierpliwie czekała na powrót Tii, która miała przyjść razem z Mei na trening. Niestety coraz bardziej mieli wrażenie, iż taki moment nie nadejdzie. Białowłosa wyszła z pomieszczenia bardzo dawno temu i nie wracała, a pokój wcale nie znajdował się tak daleko od sali treningowej. Zdenerwowany Rocket chodził nerwowo po pomieszczeniu, czekając na powrót swojej dziewczyny. Próbował być spokojny, jednak podświadomość mówiła mu, że coś się stało. Po pewnej chwili nie wytrzymał i przelotnie zerknąwszy na kolegów z drużyny, ruszył w kierunku jej pokoju.
Leciutko otworzył drzwi, uprzednio pukając. Jego oczom ukazała się postać dziewczyny, siedzącej na łóżku ze spuszczoną głową. Od razu do niej podszedł, jednakże nie zapomniał o rozejrzeniu się po pokoju. Niestety, nikogo nie zauważył.
- Tia, co się stało? - wyszeptał, obejmując ją.
Dziewczyna podniosła wzrok i zlustrowała mulata opuchniętymi oczyma. Zamrugała parokrotnie, po czym przytuliła się do niego, zalewając się łzami.
- Rocket - powiedziała cicho. - Po.. Powiedz mi, dlacz... dlaczego wszyscy tak nagle odchodzą? - zapytała przez płacz.
- Tia, przecież na pewno spotkamy się jeszcze z Lee. Nie musisz się o to aż tak martwić - próbował ją pocieszyć.
- Ale... ale mi nie o nią chodzi. Mei odeszła - odparła, ledwo łapiąc oddech.
Rocket w pierwszej chwili myślał, że to żart. Nie widział najmniejszego powodu, by Mei musiała opuszczać drużynę bez wcześniejszej rozmowy z trenerem. Nawet jak na nią, było to nie do pomyślenia. Chyba, że ten chłopak z którym rozmawiała. Szatyn od razu przywołał do siebie wspomnienie tamtego dnia i zaczął intensywnie rozmyślać. Kim on był... Wzdychnął głęboko i przytulił swoją dziewczynę, starając się ją uspokoić.
***
STADION GENESIS Ciemne pomieszczenie zostało na ułamek sekundy oświetlone przez światło dzienne. Do pokoju wkroczyła kobieta, o długich, siwych włosach i wyraźnie zmęczonym wzroku. Bez zastanowienia skierowała się w stronę biurka, na pierwszy rzut oka pustego, jednak gdy się lepiej przyjrzało, można było zauważyć siedzącego za nim mężczyznę.
- Znalazłam miejsce jego pobytu - odparła bez uczuciowo i zaczęła czekać na reakcję swojego przełożonego.
- Dobrze, bardzo dobrze - wyszeptał mężczyzna, wyraźnie zacierając dłonie z zadowolenia. - Teraz tylko trzeba go schwytać.
- Jak zamierzasz to zrobić, Bitusie?
- Największy problem - rzekł, wstając z krzesła. - I to nie jedyny - dodał po chwili.
Lena przyglądała się mężczyźnie, jak ten powoli przemierzał pokój i przyglądał się zawieszonym gablotom. Od czasu do czasu przecierał ręka pojedynczy artykuł, zbierając z niego drobinki kurzu, jednakże jego mimika twarzy była nadal niewzruszona.
- Dlaczego nie trzymamy się planu? - zapytała po chwili. Mężczyzna zatrzymał się i zacisnął żeby.
- Nie ma planu i nigdy nie było! - krzyknął. W pomieszczeniu na ułamek sekundy zapanowała niezręczna cisza.
- A rozkazy Harrisa? - przerwała ją po chwili Lena.
- Kpiny! - odrzekł hardo mężczyzna. - Nigdy nie miałem zamiaru ich spełniać.
- To dlacze...
- Dla władzy - przerwał jej. - W każdej chwili mogłem wykorzystać Ayrinn, ale nic by mi to nie dało. Jej organizm jest za słaby.
- A Din? - Mężczyzna odpowiedział jej prychnięciem.
- Umrze wcześniej czy później. Niepotrzebna ofiara. Po któreś Lee sama do nas przyjdzie. No i jeszcze ta kara dla Ayrinn - szepnął bardziej do siebie.
Lena usłyszała to, co powiedział Bitus, ale dla własnego dobra postanowiła, iż uda, że nie miało to miejsca. Od samego początku współpracy z mężczyzną zdawała sobie sprawę, iż kierują nim zupełnie inne pobudki niż te, które jej przedstawił. Znała go od dawna i nie mogła się nadziwić, że taka osoba jak on, chciał się podporządkować komuś takiemu jak Harris.
- Dlaczego akurat Lee? - zapytała po chwili. Bitus zlustrował ją wzrokiem i usiadł za biurkiem, uważnie przyglądając się swojej rozmówczyni.
- Jest jedną z czterech rodowitych mieszkanek Unodizy, która obudziła w sobie tego fluxa. Jej organizm przyswaja go w zaskakująco szybkim tempie - zaśmiał się z zadowolenia.
- A co z pozostałą trójką. Nie łatwiej by było...
- Ayrinn, Arisa i Ron. Chyba nie muszę ci wspominać, że dwójka z nich była ofiarami nieudanego eksperymentu? - Lena nic nie odpowiedziała, a tylko z zaciekawieniem słuchała co ma jej do powiedzenia Bitus. - Dlatego nie ma sensu próbować na Ayrinn, bo wiem jak się to skończy. Natomiast Lee już raz to przeżyła - odparł zadowolony.
- Jak to? - zdziwiła się Lena.
- Ta dwudziestoletnia dziewczyna ma na swoim koncie wiele spotkań ze mną i gdyby nie ci przeklęci Piraci, już dawno dopiąłbym swego.
***
STADION GENESIS Niebieskie włosy bezwładnie obijały się o jej kruche barki, a oczy dokładnie obserwowały wszystko to, co działo się naokoło niej. Nie mogła niczego przeoczyć, musiała być uważna i ostrożna, bo najmniejszy błąd mógłby skazać ją na przegraną. Pewnie stawiała krok po kroku, po czym wkroczyła w ciemną uliczkę, gdzie jedyne światło pochodziło z szyldu reklamującego bar. Nie myśląc długo, pchnęła drzwi i weszła do zatłoczonego pomieszczenia. Ludzie oglądali mecz towarzyski, a sam właściciel robił zakłady, które i tak ostatecznie okazywały się zwykłym oszustwem. Uśmiechnęła się arogancko i podeszła do baru. Spojrzała niepewnie na barmana, po czym podsunęła mu zdjęcie. Mężczyzna spojrzał na nie, nie odzywając się i wyjąwszy kartkę, napisał na niej adres i wręczył kobiecie. Sukces, pomyślała. Wyszła z baru z nowym celem.
***
W sali obrad panowało nie małe zamieszanie. Wszyscy zdziwieni wczorajszymi wydarzeniami, odwołaniem treningu i dziwnym zachowaniem Tii, zastanawiali się, co się stało.
Niespodziewanie ich oczom ukazała się sylwetka trenera. Aarch wszedł do pomieszczenia zdenerwowany, czego nawet nie próbował ukryć. Zaraz za nim wkroczyli Rocket z Tią z zupełnie innym wyrazem twarzy - ze smutkiem i skruchą.
- Trenerze, co się stało? - zapytał Micro-Ice. Aarch spojrzał na niego, po czym splótł ręce i opanowując się, głęboko wciągnął powietrze.
- Straciliśmy kolejnego zawodnika. Mei odeszła - odparł Aarch, zaciskając zęby.
- Jak to? - zdziwiła się cała drużna. Wszystkie oczy skierowane były teraz na trenera, wyczekując na odpowiedź.
- Nie wiemy dokładnie - rzekła smutno Tia.
- Może tylko gdzieś wyszła? - wtrącił D'jok, niewzruszony całą sytuacją. Nie rozumiał całego zamieszania. Znał Mei nie od dzisiaj i doskonale zdawał sobie sprawę z jej słabości. Po prostu mogła się zapomnieć i zostać za długo na zakupach, po czym stwierdziła, że odwiedzi matkę, która także przebywała na Paradisii i została tam na noc. Niepotrzebne zamieszanie.
- D'jok, jak ty w ogóle tak możesz?! - wybuchnęła w pewnym momencie Tia.
Zgromadzeni spojrzeli na nią z niemałym zdziwieniem, gdyż widok takiej białowłosej był bardzo niespotykany. Dziewczyna rzadko kiedy unosiła się złością. - To twoja dziewczyna, a zachowujesz się, jakby cię w ogóle nie interesowała.
- Tylko mówię, że może gdzieś została, a nie od razu, że odeszła.
- Spakowała swoje rzeczy i powiedziała to Tii - odrzekł Rocket. Rudy spoglądał się przez ułamek sekundy na nich pustym wzrokiem. Usłyszał to, co powiedział szatyn, jednak chwilowo zdało mu się, jak gdyby jego mózg dopiero dopuszczał to do jego świadomości.
- Jak to? - wyszeptał, patrząc się w głuchą przestrzeń. - Przecież... Nie zachowywała się tak, jakby się coś działo.
- Może po prostu nie zauważyłeś - dodał Thran. D'jok spiorunował go złowrogim spojrzeniem.
- Specjalista się znalazł - odgryzł się rudowłosy. Każdy poczuł nieprzyjemną aurę, która zapanowała w pomieszczeniu. Niemniej jednak najbardziej odczuła ją Tia, która po tych słowach nie wytrzymała.
- Czy mi się tylko wydaje, czy doszczętnie straciłeś rozum? - rzuciła oskarżycielsko w stronę rudego. - Gdzie ty masz oczy?
- Ale o co ci chodzi?
- Tak dobrze wiedziałeś co się w jej życiu działo, co? Kiedy ostatnio poświęciłeś jej trochę czasu? Chodziłeś własnymi ścieżkami, jakbyś był gwiazdą. Cały czas to ona miała chodzić za tobą. Nawet nie zdawałeś sobie sprawy, że cię zdradzała! - Momentalnie dziewczyna zasłoniła usta dłońmi, wystraszona tym, co przed chwilą powiedziała. Obiecała Mei, że mu tego nie powie, choćby nie wiadomo co, jednak pod wpływem tych wszystkich emocji, które niebezpiecznie piętrzyły się w jej środku, nie wytrzymała. Wybacz mi, Mei.
- Co ty w ogóle gadasz?
- To co słyszałeś - rzuciła oschle białowłosa i zerknąwszy na niego piorunującym wzrokiem, ruszyła w kierunku drzwi. Chciała jak najszybciej wyjść z tego pomieszczenia, które z sekundy na sekundy robiło się coraz ciaśniejsze. Pech chciał, że na drodze stanął jej Josh, który przez cały czas był nieobecny na sali, a teraz stał w drzwiach.
- Co jest maleńka? Nie do twarzy ci w tej złości - rzucił, szczerząc do niej zęby.
Dziewczyna spojrzała na niego złowrogo, po czym wyminęła go, mówiąc na tyle głośno, że wszyscy ja usłyszeli.
- Kolejny kretyn...
Po wyjściu Tii w pomieszczeniu panowała niewyobrażalna cisza. Nikt nie był w stanie jej przerwać, a większość zebranych nie miała nawet odwagi spojrzeć sobie w oczy. Niekiedy, błądzące spojrzenia zatrzymywały się na sylwetce D'joka, który po słowach białowłosej siedział niewzruszony na kanapie, opierając ręce o kolana i wpatrując się w wypolerowaną podłogę.
Aarch także się nie odzywał. Twierdził, iż nie ma potrzeby. Snow Kidsi nie byli już dziećmi, ich problemy nie powinny go interesować. Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że odejście Mei z drużyny nie tylko utrudni ich udział w pucharze, ale także zepsuje niektóre więzi między zawodnikami. Tego był pewny. Poniekąd miał przed chwilą doskonały przedsmak tego, co dopiero miało nastąpić.
- Co tu się stało? - zapytał zakłopotany blondyn, którego mina nieco spochmurniała. Odpowiedź nie nadchodziła.
Niespodziewanie usłyszeli głośne ziewanie swojego bramkarza, który przeciągając się, przecierał dłonią oczy. Spojrzał na wszystkich naokoło, po czym zatrzymał swój wzrok na Joshu. Spoglądał na niego przez moment, jednak po chwili jego powieki zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa.
- Kolejny odcinek mody na sukces... - odpowiedział Joshowi, zasypiając.
Blondyn spojrzał na bruneta zdziwiony i nerwowo przeczesał swoje włosy. Czuł się zakłopotany z wielu powodów, ale dokładnie nie wiedział z jakich. Ile by dał, by móc zasnąć tak jak Ahito.
Micro-Ice od czasu do czasu spoglądał na swojego przyjaciela, który od tamtego momentu ani drgnął. Zrezygnowany, podszedł do rudowłosego i w geście wsparcia, położył swoją dłoń na jego barku.
- Wszystko w porządku? - zapytał, znając odpowiedź.
- Odczepcie się wszyscy ode mnie - rzucił niespodziewanie D'jok i odtrącił rękę bruneta, po czym wyszedł z pomieszczenia, zostawiając za sobą pytające spojrzenia przyjaciół.
***
Clamp ze stoickim spokojem dokładnie analizował wyniki, które przed chwilą otrzymał. Co prawda, robił to któryś raz z kolei, ponieważ jego umysł na chwilę odmówił posłuszeństwa i cały czas mówił, że coś tu jest nie tak. W takich chwilach bardzo żałował, że po wydarzeniach na Akillianie stracił część swoich wspomnień, ponieważ miał nieodparte wrażenie, że jego dawne doświadczenia mogłyby mu pomóc.
Ponownie zerknął na wyniki, po czym uderzył pięścią w blat. Zdał sobie sprawę, co mu nie pasowało przez cały ten czas. Pod napływem emocji szybko zaczął wprowadzać dane, które przyszły mu na myśl, do komputera i z niecierpliwością wyczekiwał cudu.
***
- Sonny, znalazłem go - odparł Corso, przerywając Sonniemy przeglądanie analizy jakiegoś badania. Blondyn od niechcenia uniósł swój wzrok, po czym gdy tylko zorientował się o czym poinformował go przyjaciel, zwrócił na niego uwagę.
- Gdzie jest?
- Chłopak przebywa na Stadionie Genesis. Udało mi się także znaleźć rezerwację biletów na fałszywe nazwisko, ale nie skorzystał z nich.
- Gdzie chciał lecieć?
- Na Akillian, ale tego nie zrobił. Zaszył się na Stadionie.
- Hmmm... - zamyślił się przywódca piratów. - Czyli musi wiedzieć, że go mogą szukać - szepnął pod nosem. - Corso, lecimy na Genesis.
- Jasne, idę się tym zająć.
- Dobrze, ja muszę powiadomić Clampa.
Corso zniknął z pola widzenia Sonniego, po czym pirat szybko wykręcił numer do Clampa. Poczekał parę sekund, aż ten odbierze. W chwilę potem ukazała mu się postać przyjaciela.
- Sonny, jak dobrze, że dzwonisz.
- Clamp, musisz pilnować D'joka. Nie dam rady zostać dłużej na Paradisi.
- Coś się stało? - zapytał przejęty.
- Mam trop, którego muszę się trzymać. Nie mogę tego zlekceważyć i chciałbym, abyś mi teraz pomógł. Szczególnie jeśli chodzi o tę blondynkę.
- Rozumiem cię Sonny, ale nie dam rady zrobić tego wszystkiego - odrzekł z nutką goryczy w głosie. - Badania idą do przodu, nie mogę tego teraz odłożyć na później.
- Racja - zamyślił się pirat. - Powiem Bennetowi i Artiemu żeby tutaj zostali, powinni dać sobie radę. A co z badaniami?
- Ciągle mam wiele niewiadomych, ale czuję, że jestem blisko - odparł Clamp, drapiąc się po głowie.
- Co dokładniej?
- Nie mam próbki fluxa Lee, ale wydaję mi się, że musi być z czymś zmieszany. Niemożliwością jest, żeby tak szybko się rozwijał, a tym bardziej, że nic jej przez ten czas nie szkodził.
- Zbyt szybkie rozwijanie się fluxa? - zapytał Sonny.
- Dokładnie. Niestety bez czystej próbki nic nie zrobię. Swoje badania opieram tylko na D'joku.
- Jak to?
- To było przyczyną jego choroby. Oddech mu szkodził, bo rozwijał się za szybko, co najprawdopodobniej spowodował jakiś pobudzacz. Nie wiem dokładnie co... Jest niewyczuwalne.
- Zaniknęło w krwi - szepnął pod nosem Blackbones.
- Dokładnie. Chociaż...
- Chociaż co?
- Gdy porównałem próbkę fluxa D'joka z przed choroby, z tą po, jasno widać, że jego skład się zmienił. Doszła jakaś substancja, która zaczęła spowalniać flux.
- Innymi słowami antidotum?
- Dokładnie - przytaknął Clamp.
- Sonny, Bennet dzwoni - przerwał Corso. Blackbones obejrzał się za siebie, po czym wrócił do rozmowy z przyjacielem.
- Wydaję mi się, że trzeba jeszcze raz prześledzić sprawę Unodizy, którą kiedyś się zajmowaliśmy. Tam może być klucz do tej zagadki. Wybacz mi Clamp, teraz muszę już kończyć. Odezwę się później, a ty rób swoje.
- Oczywiście. - Mężczyźni rozłączyli się i każdy zajął się swoją sprawą.
***
Siwe zasłony odcinały dopływ jakiegokolwiek światła do hotelowego pokoju. Dziewczynie było to na rękę, gdyż dzięki temu mogła niespostrzeżenie dostać się do niego i zająć się tym, co powinna. Porozmawiać z nim...
Sprawnie wpisała kod, po czym drzwi automatycznie uchyliły się. Rozejrzała się parokrotnie po pomieszczeniu, jednak ciemność nie ułatwiała jej zadania. Niestety wiedziała, że musi obejść się bez światła, ponieważ żółte promienie żarówki zwróciłoby uwagę na tenże pokój. Szczególnie, że było już bardzo późno.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, ta po omacku zaczęła kroczyć w kierunku łóżka. Miała nadzieję, że właśnie tam spotka swojego znajomego i porozmawiam z nim w spokoju, a potem zajmie się resztą swojego planu. Dotychczas wszystko szło tak, jak tego pragnęła, dlatego miała nadzieję, że zostanie tak do końca. Niestety, każde szczęście się kiedyś kończy. Jej obawy spełniły się i szatyna nie było w pokoju. Załamana sytuacją usiadła na łóżku i oparła ręce na kolanach. Jej głowa mimowolnie spojrzała na posadzkę, a niebieskie włosy przysłoniły jej ciekawe świata oczy.
Czyli już go mają...
***
Ciemnowłosa niezdecydowanym ruchem odłożyła swoją walizkę na pościelone łóżko. Spoglądała na nie przez pewien czas, po czym wolnym krokiem ruszyła w stronę wielkiego okna, z którego miała doskonały widok na złocistą plażę. Dotknęła ręką szkła i oparła się o jego zimą powierzchnię. W jej głowie panował zamęt, wszystkie myśli próbowały wyjść na zewnątrz, tnąc ją jak noże. Nie wiedziała, co ma myśleć o tym wszystkim, co wydarzyło się tak szybko. Nie była nawet pewna swoich myśli, a tym bardziej decyzji, które podjęła. Nie była pewna niczego, a wszystko co ją otaczało, wydało się jej zwykłym kłamstwem, urojeniem.
Natłok negatywnych emocji sprawił, że dziewczyna momentalnie zacisnęła powieki, a jej dłonie złożyły się w pięści, które miały nieodpartą ochotę uderzenia w szybę. Poniekąd pomogłoby to jej dać ujście chociaż części tych myśli, jednak zdawała sobie sprawę, że na dłuższą metę tylko pogorszyłoby to jej samopoczucie. Utwierdziłaby się w przekonaniu, że jest za słaba na to wszystko. Chociaż doskonale o tym wiedziała.
Jej podświadomość stała się nic nie wartym przeczuciem, które odmówiło posłuszeństwa tak samo jak rozsądek. Wszystko dlatego, iż Mei postanowiła przestać wierzyć w to, co podpowiadało jej serce. Przestała ufać nawet sobie, co utwierdzało ją w przekonaniu, że to co teraz robi, może być najgorszą decyzją w jej życiu. W głębi serca miała wrażenie, że wszystko co miało miejsce to tylko i wyłącznie jej wina. Nie potrafiła obwinić kogoś innego.
Nagle z natłoku myśli wybudził ją bliżej nieznany dźwięk. Brunetka nerwowo uchyliła powieki, po czym zdała sobie sprawę, iż dzwoni jej holo-telefon. Przetarłszy dłonią policzek, na którym pojawiła się łza, podeszła do łóżka, by zobaczyć, kto dzwoni. Kiedy tylko zobaczyła, jej oczy zaszkliły się.
D'jok, proszę cię... Nie teraz.
Nie myśląc za wiele, rozłączyła się. Wiedziała, że nie jest w stanie rozmawiać z nikim z drużyny, a tym bardziej nie z rudowłosym. Co prawda, nie odpierała także telefonów Tii, która zapewne bardzo się o nią martwiła, ale Mei musiała wszystko poukładać w swojej głowie, nim zdobędzie się na odwagę, by z nimi porozmawiać. Niestety, zdawała sobie sprawę, że przez swoją decyzję, prędzej czy później dojdzie do konfrontacji, co w ogóle jej nie cieszyło.
Dziewczyna siedziała na kanapie i tempo wpatrywała się w podłogę. Łzy powoli ustępowały, ponieważ dziewczyna - chcąc opanować swoje emocje - uparcie z nimi walczyła. Mimo starań, jej psychika nadal była w rozsypce. Nagle usłyszała, jak ktoś wchodzi do jej pokoju. Panicznie przetarła oczy, w obawie, że ów osoba zobaczy, że płakała, po czym zlustrowała wzrokiem przybysz.
- Sinedd... - szepnęła sobie pod nosem.
- Zadomowiłaś się już? - zapytał z uśmiechem. Brunetka uśmiechnęła się do niego blado.
- Można tak powiedzieć.
- To dobrze. W takim razie może się gdzieś przejdziemy? - zapytał.
- Sinedd - skarciła go spojrzeniem. - Mówiłam ci, żebyś sobie nic nie wyobrażał - dodała, uciekając wzrokiem.
- Tak, wiem. Już nie będę - rzekł, tracąc błysk w oku. - W takim razie ja ci już nie przeszkadzam. Przyszykuj się w spokoju - dodał i wyszedł z pomieszczenia.
Mei przytaknęła mu ruchem brody, a gdy chłopak wyszedł, ta jeszcze bardziej zaczęła rozmyślać nad słusznością swojej decyzji.
Teraz już za późno na takie głupoty, skarciła się w myślach i zaczęła rozpakowywać bagaż.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz